Fragmenty książki „Biały świat”

(…) Jeszcze wtedy tego nie rozumiałam, że to, co się działo, było potrzebne. Jeszcze wtedy nie widziałam do czego to prowadzi, choć wyglądało to fatalnie. Miałam dowiedzieć się tego dużo później, w najmniej spodziewanym dla siebie momencie. Wszystko, co było zbędne uległo rozpadowi. To było uwolnienie, o którym marzyłam tak intensywnie. Moja modlitwa została wysłuchana. Dostałam szansę, czystą kartę, na której nie było nic. Żadnych śladów, słów, emocji, żadnej pamięci. Żadnych historii, których nie chciałam pamiętać. To jednak miało swoją cenę. Wszystko, w co uwierzyłam straciło moc. Bo widocznie nie było na tyle istotne. Cały ten śmietnik, który gromadził się we mnie przez lata zniknął. Zwyczajnie ktoś go wykasował.

NIC.

Przede mną rozciągało się wspaniałe, czyste NIC. Wtedy nie wiedziałam, że owo NIC będzie trwało długie miesiące. Że zatracę w nim siebie, poczucie czasu i sensu. NIC miało swoją cenę. Miało skutecznie odciąć mnie od wszystkiego, czym wcześniej byłam. Miało się we mnie rozrosnąć, zakorzenić, wypełnić mnie kompletnie.

 

(…) Było gorąco. Pamiętam zapach spoconych ciał na długim białym korytarzu. Białe fartuch zawiązane na plecach i znaki zapytania w zamglonych przez lekarstwa źrenicach. Odróżniałam się w swoich kolorowych ubraniach i długich blond włosach na tle białych ścian i białych ludzi je podpierających. Z paczką papierosów przemierzałam odważnie korytarz. Zostanę tu na tydzień może dwa. Dostosuję się. Dam radę. W końcu umiejętność adaptacji była moją silną stroną. Rzuciłam torbę we wskazanej przez siostrę sali i poszłam do palarni. Zgromadzenie. Większość pacjentów w normalnych ubraniach, choć zestawionych trochę ekstrawagancko. W rogu kobieta w czerwonym golfie i jaskrowo żółtej sztruksowej spódnicy. Jesienny strój mimo gorącego dnia. Miałam na sobie lekką zwiewną sukienkę w kolorowe kwiaty, której nigdy więcej już nie ubrałam. Po szpitalu kojarzyła się z jednym – z białym światem, który ktoś postawił poza wymyślonymi światami.

 

 

(…) Depresja. Usiadłam przy moim okrągłym stoliku. Siedzę albo leżę. Uciekam pod koc przed światem, który zdaje się być zbyt głośny. Teraz. Teraz wszystko jest inaczej. Ja jednak myślę, że jest to moja rzeczywistość. Siedzę i patrzę w ścianę. W jeden punkt. Gdzie jestem rzeczywiście? Jestem w Pomiędzy. Tak to nazywam. Stan, kraina miedzy tym, co inni uważają za rzeczywistość, a tym, czego nie widać. Mój świat zdaje się zupełnie mały i taki bezbarwny, tu na Ziemi, kiedy zapominam, Kim Jestem. Najgorsze jest to, że wcale nie żałuję, bo kolory po prostu mnie męczą. Kolory, które kochałam odsuwam stanowczym ruchem dłoni. Nie są tu potrzebne. W Pomiędzy króluje szary popielaty, albo zbrudzony nijaki nie kolor. Albo beż. Tak jest lepiej. Koi myśli, które półsenne w rozciągniętej płóciennej koszuli za kolana. Nie zależy mi na tym, co będzie. Żałuję, że nie ma mnie we wczoraj, teraz dopiero widzę, ile straciłam. Nie stać mnie na entuzjazm, więc myśl o jutrze jest raczej niewygodna, uwiera. Zmiatam ją ze stolika, w jej miejsce postawię filiżankę z kawą. Nie mam przyszłości. W pomiędzy czas jest martwy. Minuty choć odliczane, nie płyną. Mam wrażenie, że zapadam się coraz głębiej w pustce, która rozdziera mi piersi. I choć krzyczę, nikt mnie nie słyszy. Już nie należę do tego świata. Jestem tylko elementem w Pomiędzy.

 

(…) Jestem lekka. Wiatr, który wpada do palarni przez otwarte okno rozwiewa mi włosy, unosi moje stopy. Mam ochotę tańczyć, ale nie jestem sama. Uśmiecham się mimo woli, wciąż słyszę pewną piosenkę w głowie. Jest we mnie dzikość i dawno straciłam nad nią panowanie. Z tej perspektywy świat mieści się w dłoni. Poza nim rozciąga się żywa przestrzeń. Mogę wzlecieć i dotknąć jej frapującej obecności. Ktoś przygląda mi się z zainteresowaniem. Odwracam głowę, chcę być sama, choć stłoczono nas tu jak owce. Nie jestem nieporadna, jeszcze nie. Mam w sobie siłę, której nie umiem objąć. Sukienka powiewa na wietrze, okno uderzyło z siłą o ścianę. Ktoś je zamyka. Przeciągi to też rodzaj impulsu, a tu najwyraźniej bolą. Ich nadmiar. Zabawne. Płynę, przepływam po białym korytarzu bez okien z wmontowanymi białymi drzwiami do każdej z sali. Pacjenci dotykają moich włosów jakby sprawdzali, czy są prawdziwe. Uśmiechnięci w bezzębnych grymasach witają nową. Jestem tu nowa. Zapisze się teraz w ich pamięci, a oni pozostaną w mojej. Niemożliwe do wymazania. Takie miejsca zapadają głęboko w podświadomości. Ich inność sprawia, że są niezapomniane. Niewymazywalne. Odpowiadam uśmiechem. Zatrzymuję się na chwilę. Jak dawno nie widzieli prawdziwego świata, rozpędzonych taksówek, drzew wybuchających zielenią, soczystych jabłek, ptaków na pomarańczowym niebie? Jak dawno nie widzieli siebie?

 

(…) Już nic się nie wydarzy. Tu nie ma zdarzeń. Boleśnie trwam w zastałym. Moje emocje. Bez nich świat jest tylko marnym nagim sześcianem, kostką, którą zajmuję. Codzienne niezmienne dziś. Przewidywalne. Niezmienne, zaprzeczające zasadzie ruchu, którą oddycha świat. Zaprzecza głównej zasadzie życia. Ruch. Tu nie ma ruchu. Ale kiedyś przebudzę się z odrętwienia i zanurzę dłonie w zimnej rwącej rzece. Będę miała na to ochotę. Będę miała ochotę na wiele rzeczy, bo zwyczajnie będą wywoływać we mnie wrażenia. Powrócą kolory, świat stanie się znowu wielowymiarowy, ciekawy, a ja będę chciała w nim uczestniczyć. Zacznę się śmiać i będę głośniej mówić. Odnajdę siłę, by zobaczyć siebie od nowa. Wyjdę z zakrojonego sześcianu w odcieniu szarości i zobaczę niebo. Kolory, które mnie meczą staną się atutem, kolejnym bodźcem, który będę mogła odebrać, który będę chciała odebrać. Może nawet uśmiechnę się do czerwonego soczystego jabłka. Teraz wydaje mi się takie sztuczne. Jest w nim za dużo życia, za dużo wszystkiego. Jedzenie także powinno być szare, jednak to nie jest możliwe, więc wybieram beż – chleb. Wystarczy. Brąz, beż – kawa, cola. Czasem kurczak. Znowu chleb. Beż. Kawa. Brąz.

(…) Jak to się mogło stać? Jak mogłam się znaleźć w takim stanie? Często zdaję sobie to pytanie. Tęsknię za dawną sobą. To nie jest szklany klosz czy rodzaj pudełka, w którym jestem. To rzeczywisty świat, którego jednak nie czuję. Unikam zatłoczonych miejsc, spotkań z przyjaciółmi, sytuacji, w których należy wykrzesać z siebie emocje. Ich brak, świadomość tego sprawia, że opuszczają mnie resztki chęci, kurczę się, znikam i jedynym bezpiecznym miejscem staje się koc, pod którym chowam resztkę siebie.

 

(…) Pielęgniarka pakuje moje rzeczy. „Zmieniasz pokój”. Patrzę na śpiącą zaniedbaną kobietę. Przez kilka dni nie zamieniłyśmy ani słowa. Nie jestem też pewna, czy ona potrafi artykułować jakieś słowa. Nie słyszałam. Ani razu jej nie słyszałam. Otwierała tylko usta przez sen i wypływały z nich głuche, niskie jęki. Patrząc na nią miałam wrażenie, że jest uwięziona pod grubą taflą lodu, że śpi gdzieś na dnie oceanu, daleka, nieobecna. Nie umiałam przebić tej tafli, zaniedbana kobieta była niedostępna. Wyłączona. Patrzyłam na nią przerażona i zafascynowana jednocześnie. Gdzie jest? Gdzie przebywa? Siostra, która ma zmianę bierz moje rzeczy, odwracam głowę – nieruchoma, nieobecna, daleka z podkurczonymi kolanami pod grubą szpitalną kołdrą. W białej zawiązanej na plecach koszuli. Rzeczywiście jej nie ma. Do widzenia.

Posyłam w przestrzeń i wiem, że nikt mi nie odpowie, nikt też nie usłyszy. Nieobecna, nieruchoma. Kobieta w białej szpitalnej sali. Zamykam drzwi delikatnie, już tu nie wrócę. Nie żegnam się z kobietami w tyle sali. One są jeszcze bardziej odległe, nieosiągalne. Przez długie osiem dni zniszczona kobieta była jedynym krajobrazem, na jaki tu patrzyłam. Zobaczę ją za kilka tygodni z córką, ubraną, stojącą na własnych nogach, pomalowaną. Będę silnie poruszona. Zobaczę jak chodzi, siada. Jak się uśmiecha. Kobieta spod tafli lodu, z głębin oceanu. Zobaczę jaki ma kolor oczu. Nieruchoma zniszczona kobieta, która przesypiała tygodnie w jedne niezmiennej pozycji. Będę prawdziwie zaskoczona. Zobaczę ją na szpitalnym korytarzu, z torbą pełną ubrań, w drodze do domu. Obudzi się w końcu, by wyjść do holu ze skórzanymi sofami wielkimi szpitalnymi schodami. Prawie samodzielnie, lekko podpierana przez córkę. Wróci z dna oceanu, bo gruba tafla oddzielająca ją od rzeczywistości w końcu roztopi się, zniknie. Będę naprawdę zaskoczona. Ożyje. Idę za siostrą. Dzień, w którym dostaję nowy pokój. Zaczynam pamiętać. Dokładnie rejestruję każdą chwilę. Uświadamiam sobie, że nie piłam kawy od momentu przyjścia. A może piłam? Nie wiem. Nie pamiętam też, co jadłam. Musiałam coś jeść. Pewnie mnie zmuszano, a może nie? Nie pamiętam. Pamiętam chłopaków rozkładających papierosy na stoliku, pamiętam bordowy szlafrok kobiety z papilotami i swoją kolorową sukienkę, resztę ktoś wyciął. Pokój jest mniejszy. Kobiety młodsze, ubrane w normalne ubrania, nie szpitalne białe koszule zawiązywane na plecach, zbyt krótkie. Żyją, chodzą, uśmiechają się, zadają mi pytania. Jestem zaskoczona. Wyglądają tak normalnie, kiedy ja zdaję się w sobie zapadać. Przyglądam im się ciekawie, życiu, które je wypełnia. One żyją.

Autorka:

Sara Dagmara Ray

Od kwietnia 2018 roku, planowana premiera książki. Zapisz się do newslettera, by być na bieżąco z premierą książki.