Nigdy nie przywiązywałam się do swoich pragnień, pozwalałam im wirować wokół, zmieniać się, płynąć. Za to głęboko wierzyłam w miłość i mądrość Tego Co Jest i obejmuje nas wszystkich. Najtrudniej było mi odejść z przeszłości i stanąć w teraz. Przeszłości, która była moim życiem. Ale pewnego dnia, zupełnie niespodziewanie nastąpiło uwolnienie. Nie musiałam odchodzić, żegnać się, zostawiać za sobą życia, które znałam. Nie musiałam, bo wszystko runęło. Pewnego dnia iluzja spajająca to znajome bezpieczne życie po prostu runęła. Już nie pasowała do tej mnie, tej rozległej, nieskończonej, którą odkryłam.

Nie czuję się w żaden sposób gorsza czy inna. To uczucie zaciera się w końcu we mnie, przyczyna mojej izolacji, wymuszonej izolacji. Nie czuję się chora. W moim świecie zajmuję się dokładnie tym wszystkim, czym zajmują się inni. Płacę podatki, wychowuję dzieci, prowadzę dom, jestem żoną i mamą. Mam tysiące małych obowiązków – one budują mój dzień. Moje życie jest proste i zwyczajne. Jestem szczęśliwa, zazwyczaj towarzyszy mi wewnętrzny spokój. Maluję i piszę, to moja przestrzeń, w tym się realizuję. Nie czuję się chora. Może pierwszy raz odkąd mnie zdiagnozowano, nie czuję się chora. To tylko diagnoza. Choroba to jedynie krótkie okresy, kiedy nie jestem sobą. „Bywam chora”. By tego unikać biorę leki. Zaprzyjaźniam się z nimi, bo są dobrze dobrane. Czuję się sobą i mogę dzięki temu normalnie funkcjonować, choć w koszyku zwanym życiem mama plakietkę z chorobą psychiczną. Dziś byliśmy na plaży. Nadeszły upały. Chłodne, wspaniałe jezioro i śmiech moich dzieci. Ja nie udaję, jestem naprawdę szczęśliwa. Jestem normalna, nawet zwyczajna – taki paradoks.

Sara Dagmara Ray