Fragmenty książki „Wyszeptane”

(…)

Przyjacielu mój

 

Z dedykacją

Przyjacielu mój,

na skrawku chusteczki

sercem pisane składam słowa.

Przyjacielu mój,

co w ciszy poranka mnie budzisz

lekkim i wyszeptanym dzień dobry.

Aby poranek sennie się wybrzmiał

i w dzień zamienił się dobry.

Skrawek papieru, pióro i świeczka na stoliku małym.

Przyjacielu mój,

oddaję Ci każdą ciepłą myśl

i każdy uśmiech przez łzy, co

się toczą po policzku zranionym.

Przyjacielu mój,

Serce moje,

Duszo moja,

Życie moje.

Niestworzone siły drzemią ukryte

i spowite w naszych oczach.

Zaświecą się nam, kiedy życie w swym biegu nas zrani.

Ja dla Ciebie niebo otworzę,

dla Ciebie poruszę ziemię,

by się Tobie w kolory ubrała,

by się słońce z księżycem spotkało

i tworząc tęczę kolorów radości,

by na zawsze w Tobie została.

Przyjacielu mój, skąpany w blasku

Mojej pamięci.

Zamykam oczy i obraz twej twarzy

odbity echem w moim sercu.

Zostań, bo świat tak szybko pędzi, że zatrzymać go można tylko miłością.

Jednym gestem,

jednym uśmiechem,

jedną

radością.

Zostań aż łza się na wieki rozpłynie,

policzek osuszy dłoń Twego serca.

Przyjacielu mój, serce moje,

Moja wiaro w to, co mnie czeka.

 

03.11.2016

Gdzieś w kawiarni…

(…)

Córka

 

Opowiem Ci o tym,

jak wielką jesteś miłością,

co się przez życie moje przetacza i nie niknie z oczu.

Opowiem Ci,

jak piękna jesteś w moich dłoniach,

które świat cały dla Ciebie chciałyby zagarnąć.

I taką zadumą jedną,

co się na chwilę we mnie wkrada i nie chce odejść.

Miłości moja, co się zmienia i falą rośnie jak przypływ,

i zmywa każde załamanie na piasku!

Nie ma końca i nie ma początku

tego, co noszę w sobie, patrząc na Ciebie.

I nie ma siły większej niż ta,

co się nagle wśród duszy zrodziła!

Miłości moja, największa na świecie,

co niezmienna jesteś

i tak znana mi nieskładnie,

że kiedy oczy zamykam, obraz Twój nie niknie.

Dziecino moja, na zawsze zrodzona

z marzenia mojego i serca, i ciała,

i duszy, co w Tobie na zawsze zostanie.

Ta iskra, która w Tobie przez lata dojrzała,

zabierze cząstkę mnie samej

i pogna w świat mnie już odległy.

Miłości moja,

nieskończony barwny obrazie, co malarz

ręką lekko drżącą na płótno nanieść zechciał.

Piękniejsza niż myśl o błękicie,

piękniejsza niż błękit, co w sercu moim od nieba i morza się odbija.

I tylko szum morza, kiedy myślą jedną

za Tobą z drżeniem w głosie gonię.

I cisza w sercu, co ciszą być powinna.

Boś moim sercem i duszą –

i nic tej myśli nigdy nie zatrzyma.

 

Weronika 2010

(…)

Aniele mój

 

Na skrzydłach czarnych zastygły szron poranka,

co się dopiero budzi nad nami.

Aniele mój, co w barwnym głosie brzmisz jak senne wizje

moich spojrzeń, co za dłonią gonią.

Gdzie byłeś, kiedy kolce kwiatu z Twojego ogrodu

tak boleśnie wdzierały się w moją duszę?

Gdzie biegałeś, zamiast mnie strzec całym sobą?

A ja dziś przez Ciebie umierać muszę?

Anielską jest rzeczą stać nad moją głową,

co się nagle o poduszkę senną i mokrą bije!

Twoją jest sprawą tak łzy wycierać z policzków moich,

aby nikt nigdy nie mógł dłoni nimi splamić.

Aniele mój, zbłąkany ptaku nocy czarnej

i moich myśli, że nie zdążysz na sen mój spokojny.

Gdzie biegasz, kiedy ja,czekając na Ciebie,

już powoli oddechem zamieram bezwolnym…

Chce dotykać Twoich piór, co szronem  są nad ranem,

i tak ciche szeptać Ci skargi, co tylko Ty możesz usłyszeć.

I Tobie jednemu powierzyć kluczyk mały, srebrny –

byś  zawsze mógł  do mnie  zawitać.

Bo w świecie moich ramion tak szybko mi coś ucieka,

że jednemu Tobie chcę wierzyć na zawsze,

że się mój Anioł każdej nocy obok stawi

i nie pozwoli mi samej iść dalej.

Aniele mój,

Ptaku nieba mojego,

Złoty deszczu tęsknoty i barwny obrazie moich pragnień.

Nie odchodź ode mnie , nie zostawiaj pustki.

Bez Ciebie nie obudzę się rankiem…

(…)

Z pierwszym Płatkiem śniegu miękkiego jak puch spadło na Ziemię przebaczenie. Jak dar, którego nikt nie dostrzega – zbyt zabiegany, aby spojrzeć w Niebo. Czy to nie zadziwiające? Przecież każdy widzi biały śnieg, dzieci radują się nim jak długo oczekiwanym prezentem gwiazdkowym. Hałaśliwie i z radością zrywają z niego kolorowe opakowanie, by zajrzeć w oczy szczęściu. A Płatka czystego jak pióro Anioła nikt nie widzi… W owej gwiazdce podarowanej od Nieba mieszka ktoś bardzo malutki, bardzo kruchy i bardzo delikatny. Ze zdziwieniem spogląda na wszystko dookoła. „Gdzie ja jestem?” – myśli spokojnie, bo nigdy nie wpada w strach tak ogromny, aby go stopił. Płynął lekko i zwiewnie ku ogromowi Ziemi, która jak matka otwiera przed nim ramiona, by przytulić podróżnika. W spokojny wieczór grudniowy mgła ciszy spowiła Ziemię i Niebo. Bez granic, bez skarg i bez żalu cały świat przybrał jedną postać – ciszy.

Maleńki Płatek, o oczach bardziej niebieskich niż morze, płynął powoli. Wokół niego białe i żółte światełka migotały jak tysiące elfów tańczących w powietrzu. Co to za dziwy? Maleńki patrzył i nie mógł uwierzyć w to, że znalazł się wśród istot tak różnych od niego samego. A widział jeszcze tak niewiele. Bo ile cichych chwil płynął leniwie ku Ziemi? Kilka może, a może wiele chwil nieznanych człowiekowi. Kiedy jego drobne srebrzyste ciałko dotknęło dywanu z puchu innych płatków, poczuł, że zaczyna się jego droga przez Życie. Tak jeszcze mały i tak bezbronny potrzebował opieki kogoś, kto zna niebezpieczeństwa, kto posiadł mądrość świata i wiarę w jego istnienie. „I gdzie szukać kogoś takiego? – pytał sam siebie mały Płatek. – Jak zawołać, by mnie usłyszano? Wokół cisza i ciemność: nie widać drogi, nie widać Nieba. Zamknij oczy, a wtedy poczujesz bliskość twojego przyjaciela”. I tak zrobił, wiedziony instynktem przetrwania. I zobaczył, i poczuł miłość tak wielką, że można było obdarować nią wiele innych Płatków. Ta czułość przebijała się przez mrok i chłód. Ta miłość roznieciła promień światła, które prowadziło prostą drogą do domu. Do kogoś, kto czeka na niego już dawno, wypatruje oczy i tęskni za tym, co jeszcze jest mu nieznane.

Płatek lekkim podmuchem wiatru popłynął wprost w ramiona otwarte szeroko jak skrzydła ptaka. I stało się tak, jakby nigdy nie istniało „przedtem”, jakby nigdy nie był zesłany z Nieba w cichą i śnieżną noc grudniową. Był w domu. Jeszcze nie wiedząc, jakie ma imię i jaki jest kolor oczu jego matki. Jeszcze nie przewidując, że świat dopiero się go uczy i on uczy się świata. Nie wiedząc, że przed nim droga jakich wiele: dobra i zła. Wybory, których kiedyś dokona, i ludzie, którzy staną na tej drodze. Jaki będzie ten świat? Czy uda się pozostawić po sobie choć jedną maleńką iskrę światła, jaką niesie ze sobą każdy Płatek? Czas jest przyjacielem i wrogiem. On doradzi i on pokaże, czy warto pokonywać nieznane Płatkowi drogi. Czego nauczy się wśród nas? Co pokażemy maleńkiemu, kruchemu istnieniu? Ma wiarę i nadzieję. One są wartością największą i jedynie one przybywają z Płatkami do ludzi.

I tak pozostało. Płatek rósł jak roślinka pielęgnowana czule i dyskretnie dłońmi ogrodnika. Poznawał wszystko powoli. Cierpliwie uczył się mowy innych, kształtów i barw. Jakie to wszystko było trudne dla małego Płatka! Tyle pracy i zachodu trzeba było włożyć w każdą poznaną czynność. Ale jakież to nowe i piękne zarazem. Płatek sam wyciągał rączki do tych cudów, którymi był otoczony. I poznawał cierpliwość i ból. I poznał wartość tych słonych kropel, które płyną po twarzy, kiedy boli serce. Wiedział, że łzy – bo tak mówiła mama – są dobre. Zawsze dobre, bo są częścią duszy Płatka. One mówiły o tym, o czym on sam nie umiał jeszcze powiedzieć. I wtedy wyciągały się ręce innych, by ukoić ten żal pocałunkami. I te ramiona otaczające go, jeszcze maleńką istotę, były ciepłe i dobre. Jak słońce w środku lata.

Leci czas powoli, a czasem zbyt szybko. Płatek już rozumie więcej, niż myślą inni. Poznał, co to Wiosna życia. Jakże pięknie kwitną jabłonie! Sad cały składa się ze snów zakochanych w nim ludzi. Każdy promień i myśl każda szybują do nieba. Ten błękit, co kiedyś był mu nieznany, dziś ujawnił się wczesną porą jak rosa na trawie. Skrzy się na niej i jest nieskalany jeszcze przez ptaka, co skacze w zachwycie, śpiewem dziękując Bogu za ten dzień. Dzwonią dzwoneczki kropel wśród kwiatów chylących swoje kielichy ku Ziemi, dając im znak, że czas się budzić. To miłość. To szaleństwo ciała i zmysłów, to szaleństwo duszy! Jeszcze cicha jak preludium burzy, która za siedmioma mieszka górami. Jeszcze jej tu nie ma, a już jakiś lekki podmuch ją zwiastuje. Przybędzie, kiedy nadejdzie czas. Jeszcze pierwsze takty walca wyśpiewuje strumień za oknem. Drzewa szumią jakąś pieśń pradawną i nieznaną Płatkowi, choć jest ona odwieczną pieśnią przetrwania. To pieśń miłości tak wielkiej, że dech zapiera, że słów brakuje i pozostaje tylko patrzeć w Niebo. Nawet myśli już się gubią, nie wiedząc dokąd pobiec, by żyć czymś innym niż to nieznane uczucie. Nie dają zapomnienia uśmiechy znajome i twarze przyjazne. Niby nic nie wiedzą, niby nic nie rozumieją – a jednak pojmują wszystko. Płatek nie rozumie. Skąd? Dlaczego? Przecież tylko on jeden doświadczył czegoś tak pięknego i jest z tego dumny! A mama patrzy, jakby wiedziała już wszystko…

Mama zawsze wszystko wie. Kiedy jest smutny i szczęśliwy, kiedy cierpi i czuje, że Życie jest trudne. Jak to możliwe? To jego mama – Płatek wie, że jest jedyną istotą na świecie, która będzie zawsze. Czas przecież nie może tu nic zrobić. Mama jest wieczna. I teraz się uśmiecha, jakby mówiła „Płatku, to cud natury, to dar Życia – ta miłość, co dotknęła Cię niby przypadkiem i całkiem niechcący. Posłuchaj, co mówi do ciebie ta Wiosna i te jabłonie różowe. Zamknij oczy – pozornie ślepy na wszystko, poczuj sercem to uniesienie, które powie ci, co zrobić, by Wiosna trwała już wiecznie”.

Nauczony już mądrości wielkiej od świata całego – zamknął oczy niebieskie jak przestworza oceanu. I posłuchał tej Wiosny jedynej w jego Życiu. Zaprosił ją do swego domu i serca na zawsze. I została. Wniosła światło na długie i pochmurne dni. Nauczyła muzyki, kiedy wokół panowała cisza. Była tam, gdzie miłość być powinna, czujna i ostrożna – jak wszystkie miłości świata. Bez grymasu, gdy bolało, bez strachu, gdy chmury ciemne zbierały się nad Płatkiem. Taka jest Wiosna, jeśli umiesz ją dostrzec i nie pozwolisz szybko uciec jej w Lato. I trwała i kwitła, choć kolor powoli zamieniał się w ciepłe barwy Lata i Jesieni.

Wszystko przemija. Tak chce Niebo i tak chce Natura. I Lato skrywa swoje cienie i blaski. Płatek wiedział, że kiedyś Niebo zajdzie ciemnymi chmurami. „Czy to dobrze, mamo?” – pytał już silny i męski. Nic nie zostało z tej lekkiej, nieświadomej niczego istoty. Umknęło jakoś tak nagle i szybko. Gdzieś uleciała ta chwila, jakby czas nie mógł się zatrzymać i spytać, czy mu wolno tak pędzić. Nie pyta. On jeden o nic nie pyta. Wie, że jest Wszechmogący i wielki. Nie da się ubłagać ani przekupić. To silna istota dana nam na zawsze. Czy kochana przez Płatka? Nie zawsze. Nie w Lecie jego życia, kiedy wiedział, co znaczą letnie burze i wiatry. Wiatry, które szarpały drzewami i łamały ich gałęzie. Wyrywały z korzeniami istnienie – i nie było już powrotu. Płatek znał już strach przed ulewnymi deszczami, które zabierają ze swoim nurtem wszystko, co znajdą. Porywają z szumem i łomotem, i nigdy nie wracają, by oddać to, co do nich nie należy.

Takie jest Lato. Płatek patrzył na czas i nie umiał go zatrzymać. I tak nagle, i znikąd otworzył oczy Jesienią. Te barwy, te ciepłe promienie słońca przebijające się przez kolorowe liście jesiennego lasu. Poczuł jakby spokój, który nie burzył jego istnienia. Ta Jesień, co kształtem przypominała najcichsze pragnienia człowieka, patrzyła na niego z uśmiechem. Ona – tak czuła, świetlista i piękna. Dokąd go zabierze niedługo? Czy cicho tak i leniwie dotknie jego dłoni, dając znak, że pora wracać, skąd przybył? Czy burza jesienna go porwie szybko i nagle, by nie miał czasu zapytać o drogę? Nikt nie zna Jesieni, która potajemnie brata się z Czasem. Ale dziś Płatek już wie, że ta para tworzy ład i porządek w świecie. Poznał ten świat, nauczył się tego, co mu nakazane, dał światu tyle, ile dać mógł. To dobro czy zło? Nie wiedział. Ale wiedziała Jesień. Dama tak piękna, że tchu brakowało mu w płucach. Pani wielkiej czerwieni mieniącej się złotem, utkana z pajęczyny zieleni i miodu, co czułość wywołuje w Płatku. Takiej damie można oddać dłoń i serce. Bez bólu i strachu dokąd Cię powiedzie. I przypływ sił, które już dawno o nim zapomniały, pozwolił podnieść się po to, by ścieżką prostą i cichą pójść za Jesienią. I jakie to dziwy ogromne! Wszak przybył tu Płatek w cichą noc grudniową – by odejść z Jesienią przy boku! Nie marzył nawet o cudzie tak wielkim jak życie. Ono darem jest od Nieba dla Jesieni. W tej chwili pojął całą złożoność tego wszystkiego. To miłość Nieba do tej cudnej Pani. To dar niewypowiedziany przez żadnych mistrzów i filozofów. To miłość tak wielka jak myśl o zachodzie słońca, co w jeziorze odbija swą twarz. To nie koniec, Płatku, co z dziecka stałeś się starcem! To początek czegoś, co na końcu sadu czeka na człowieka. To szczęście i zaduma. To przekonanie o tym, że każda ścieżka ma swój cel. Płatku, co radość przyniosłeś światu tak wielką, co nauczyłeś czułości i dobroci. Ten świat czekał na Ciebie i czekał będzie znowu. Co noc ktoś czeka na kogoś, jak kiedyś czekano na Ciebie. Tak musi być, by Niebo mogło dalej swą Jesień uwielbiać. Kochać ją tak, że rodzi nowe Życie i dba o nie jak umie. Przyprowadza świat pod próg jej domu – tę miłość. A ona jak matka czuła i dobra zabiera ją ze sobą. I nigdy nie zawiedzie. Bo ona dla Nieba została stworzona na wieki.

Płatek cicho i leniwie popłynął ku Niebu z Jesienią. Uśmiech nie zgasł na jego ustach dojrzałych jak winogrona czerwone. I pozostanie na ławce z Jesienią. W parku o cichym zmierzchu można ich spotkać. Zapatrzonych w swoje oczy i dusze szczęśliwe. Poszukaj Płatka, zamknij oczy i poczuj sercem, a dotrzesz do domu…

 

„Przemijanie” 2008