Amor Fati
U każdego z nas w pewnym momencie przyjdzie własne zrozumienie tego, co się wydarza. Zmienią się wartości, priorytety i sens życia. Człowiek odkryje, że życie nie polega na tym, co zdobędzie, na tym, co ma, lub co chce zyskać, a wręcz przeciwnie – na tym, czego nie chce, czego nie pragnie, za czym już nie goni. To jest uwolnienie swojej Duszy z kajdan umysłu. To jest rewolucja.
Wtedy człowiek odkrywa, że sens jego życia nie ma nic wspólnego z tymi rzeczami, które ma, z żadną materią, opiniami ludzi czy emocjami. Nie ma nic wspólnego z tym, czego pragnął. Nie ma nic wspólnego z jego przyjemnościami, komfortem i uznaniem. To była iluzja.
Odkrywa, że życie to nie decydowanie, jak ma wyglądać dzisiejszy dzień, ale na przeżywaniu go takiego, jakim jest naprawdę, takim, jakim Bóg go stworzył. Odkrywa, że walka jest wtedy, gdy faktycznie ma na coś wpływ i może to zmienić na dobre, a on sam może przy tym stać się lepszym człowiekiem. Także odkrywa, by czasami się poddawać, gdy faktycznie nie ma na coś wpływu, a jedyną sferą, gdzie będzie miał coś do powiedzenia, będą jego anioły i demony. Bo to jest ciągły proces, który zachodzi w jego wnętrzu przez całe życie. To, jak w środku będzie na wszystko reagować, słuchać, czuć. Jakie będzie miał nastawienie, jakie będzie miał myśli, emocje wobec tego, co wydarzy się na zewnątrz. To będzie bardzo ważny proces, można powiedzieć, że najważniejszy, bo to jest Twoja odpowiedź, na którą Bóg będzie czekał.
(…)
Ludzie mówią, że świat zmienia człowieka. To nieprawda, on tylko pokazuje jego wnętrze. To nasze wnętrze mówi, jacy jesteśmy naprawdę. Kult pieniądza, kult ciała lub relacje międzyludzkie, tylko to akcentują. Podobnie jest z naszymi cnotami. To siła woli, honor, etyka, zasady, prawda, dobro, sprawiedliwość, wierność i czystość sumienia opisują nasze wnętrze i mówią o tym, jaki mamy charakter, a nie to, jaki jest świat zewnętrzny.
Jeżeli dokładnie się przyjrzysz, wtedy zobaczysz, że to właśnie nasze słabości nas ujawniają, a nie mocne strony i zalety. Dlatego, gdy pojawi się jakiś problem, strach czy cierpienie, wówczas manifestuje się nasze prawdziwe oblicze. Zobacz, że problemy zawsze będą się pojawiać w naszym życiu, u każdego z nas, bo to jest naturalne dla tego świata, ale tu nie chodzi tak naprawdę o nie, lecz o to, jak będziemy je interpretować. Spójrz proszę na strach, przecież nie ma strachu na zewnątrz. Nie ma go gdzieś w górach, czy też za rogiem ulicy. On jest w naszej wyobraźni i w naszym niezrozumieniu. Również gdy przyjrzysz się cierpieniu, być może zauważysz, że często człowiek bardziej cierpi z powodu tego, co myśli na jakiś temat, niż faktycznie z powodu tego, co naprawdę się wydarzyło. Nie mówię teraz o bólu ciała, ale o bólu umysłu, czyli cierpieniu. Podobnie może być ze stratą po kimś, kto odchodzi z naszego życia. Strata po kimś boli, bo odchodzi nasza wersja bycia z tą osobą. Ale czasami to właśnie nasza wersja boli bardziej niż sam fakt, że ta osoba odeszła. Nieraz boli to, że musimy teraz coś zmienić w sobie, by ponownie poczuć się tak, jak kiedyś.
Poznawanie siebie poprzez relacje z drugim człowiekiem może pokazać nam, że każdy gniew, każdy ból, każde niezrozumienie, które widzimy w innych ludziach, wyjaśni nam, czego my sami nie rozumiemy w sobie. Może pokazać nam w delikatny sposób, na co mamy spojrzeć w naszym wnętrzu. Może sprowokować nas do pytania: Dlaczego mnie to boli? Dlaczego tego nie rozumiem?
Myślę, że jak nie przyjmiemy prawdy o sobie, nie zaznamy spokoju.
(…)
Amor fati jest niezrozumiała, a wręcz sprzeczna z nurtami i ideologiami współczesnego świata. Zwłaszcza dla tych, którzy są słabi, bez wiary, bez zaufania, często dla tych, którzy zatopili się wyłącznie w kulcie ciała i mamony. Ale nie tylko. Ogólnie można by powiedzieć – dla ludzi, którzy nie chcą pogodzić się z tym, na co nie mają wpływu. Na zaakceptowanie, że jest i będzie taka część ich losu, którą muszą przeżyć, doświadczyć bez wyrywania się i walki. Na pogodzenie się z porażkami, niespełnionymi marzeniami i pragnieniami. Na smutek, ból i cierpienie, bo to też jest nierozerwalna część ich życia.
Amor fati jest niezrozumiała dla tych, którzy nie chcą lub nie czują potrzeby bycia lepszymi ludźmi, nie chcą przekraczać granic swojego komfortu lub uważają, że coś im się należy. Niezrozumiała dla ludzi, którzy są leniwi, czują strach lub grzeszą. Dla tych, którzy idą drogą pragnień i przyjemności, nie rozumiejąc bólu i cierpienia. Niezrozumiała dla tych, którzy bardzo identyfikują się z materią i bardzo akcentują „wyłącznie ja” lub „wyłącznie moje”. Nieakceptowalna dla osób, które nie potrafią doświadczać dobrych, jak i złych aspektów życia, czy też okazać pokory. Jednak najbardziej jest niezrozumiana, a wręcz bulwersująca dla tych, którzy zaznali wcześniej jakieś niesprawiedliwości, ciężko zachorowali lub za wcześnie stracili kogoś bliskiego.
Może to są prawdziwe powody, dla których ludzie jej nie rozumieją. A może amor fati przypomina im, czym jest prawdziwe życie. Przypomina im, kim mogliby być, jak wyglądałby ich świat, gdyby się nie bali, nie poddali i nie zwątpili w swoją moc. Może teraz boli ich coś głęboko w Duszy i nie wiedzą dlaczego. Czują smutek, są mało spontaniczni, rzadko się uśmiechają i powoli tracą sens życia. Może tęsknią za czymś, co utracili, ale nie wiedzą, co to było. Może nie rozumieją, nie czują, że nie ten jest szczęśliwy, kto ma pieniądze, piękne ciało lub władzę, ale ten, który nie chce już więcej i ma spokój Duszy. Być może nie akceptują tego, że na świecie nie ma ludzi bez wad i słabości, albo że nie ma ludzi, którzy wszystko rozumieją i pamiętają. Nie mogą uwierzyć, że wystarczy pomagać innym, nie chcieć więcej i być dobrym człowiekiem, by być szczęśliwym.
A może wyjaśnienie jest takie, że walczą z nią tylko dlatego, żeby ukryć swoje błędy, grzechy lub zwykłe niezrozumienie. I dlatego umniejszają jej piękno i atakują nieznane zasady, które w niej panują.
Dlatego amor fati może być wykorzystana przez takich ludzi do legalizacji zła, niesprawiedliwości lub cierpienia. Bo skoro uczy nas, by wszystko kochać, to według nich daje już przyzwolenie na akceptowanie tego, co jest niedobre. Pozwala w ten sposób przemycić usprawiedliwienie zła, a w razie czego przerzucić winę na Boga. Zwolennicy takiego podejścia do amor fati udowadniają, że skoro wszystko jest dla naszego dobra, to zło, niesprawiedliwość lub cierpienie, nie mają w takim razie negatywnego oddźwięku samego w sobie i są zwolnione moralnie z odpowiedzialności. Według nich zło przestaje być złem, niesprawiedliwość uzależniona będzie już od punktu widzenia, a cierpienie będzie jak ogień, który jest dla naszego dobra i ma wypalać grzechy, by zaszła w nas przemiana duchowa.
Miłość również została w to wplątana i zmieszana z błotem, bo jeśli w amor fati należy wszystko kochać, to nie potrzebna jest przerwa na zrozumienie traumy, żałoby i błędów, czyli od razu należy pokochać to, co jest, tłumiąc w sobie emocje, uczucia, chęć zadawania pytań i domknięcia procesów poznawczych.
Błędnie zostało również odebrane znaczenie akceptacji. Słyszę czasami taką argumentację, że należy akceptować własny los, i odrzucić wszelkie próby, by go zmienić. Tak mówią jedynie fałszywi interpretatorzy amor fati. Ich zdaniem zgadzanie się na coś oznacza, że przyznaje się do tego, że nic nie można zrobić, czyli bez sensu jest walczyć o coś lub próbować coś zmienić. W ten sposób pokazują, że amor fati jest okrutne, bo każe akceptować i nie zmieniać życia, np. w odniesieniu do ludzi dotkniętych traumami czy ofiar jakichś wydarzeń, pozostawiając ich bez pomocy i wsparcia.
Tylko, że naprawdę jest wręcz przeciwnie, bo to amor fati najbardziej pokazuje nam, jak ważne jest łączenie się z takim człowiekiem i udzielenie mu pomocy tak, by słabości, ból i cierpienie zamienić na zrozumienie, przemianę i siłę wewnętrzną.
(…)
Widzisz, w życiu nie chodzi o to, by zdobywać świat, pokonywać ludzi lub wygrywać miliony na loterii, ale o to, by odnaleźć siebie. Dlatego tak bardzo ważne jest, aby zaufać, że jesteśmy jedna częścią 8-miliardowej cywilizacji, która ma wyższy cel, którego dziś nie widzimy i nie rozumiemy. Również ważne jest to, by zaakceptować, że nie jesteśmy w stanie wszystkich ludzi poznać, polubić, zrozumieć, bo jest ich po prostu za dużo. Jest również odwrotnie: część ludzi też nigdy Cię nie pozna, a ci, którzy nawet Cię spotkają, to i tak nigdy do końca nie będą wiedzieć, kim naprawdę jesteś. Dla każdego z nich możesz być kimś innym. Dla jednych możesz być dobrym, wrażliwym i współczującym człowiekiem, ale dla innych już nie. W świecie zewnętrznym nie istniejesz jako jedna osoba, ale jako jedna z tysięcy wersji, którą inni będą poznawać.
(…)
Zobacz, jak ludzie zapomnieli o starości, a przecież czas starości jest ostatnim etapem naszego życia i to najtrudniejszym. Przecież to takie ważne. Może dlatego zapomnieli, bo udają, że ich to nie dotyczy? Pewnie dlatego, że myślą, iż będzie szara, nudna i brzydka. A może dlatego, że coś będzie się kończyć? Może boją się starości, bo ciężko będzie zwrócić się o pomoc do innych, zwłaszcza gdy nigdy o nią nie prosili? Może boją się, że będą niedołężni i ktoś będzie musiał się nimi opiekować, a oni będą czuć się ciężarem? Spodziewają się, że będzie ich bolało i będą cierpieć. A może ludzie będą winić Boga za to, co im zrobił? Spodziewają się, że będzie odbierał im młodość, godność, bycie potrzebnym. A może Bóg planuje dla nich coś jeszcze gorszego? Czy starość może być jeszcze brzydsza w ich oczach? Może boją się, że ich starość będzie cicha i zapomniana przez tych, dla których dziś są kimś ważnym, a później staną się niewidoczni? Może przez tych, którzy teraz pytają się, jak się czujemy, co myślimy, o czym marzymy, a później zamilkną?
Może łatwiej będzie pamiętać o starości tym osobom, które dziś są chore i żyją wśród bliskich? Może łatwiej będzie tym, którzy ufają, że śmierć to tylko proces, przez który przechodzimy? A może łatwiej będzie tym, którzy się spełnili w życiu?
Zobacz, jak mało się mówi o starości. Co by było, gdybyśmy o niej mówili więcej i mogli się do niej przygotować? Gdybyśmy zawsze mogli otaczać starszych ludzi swoją czułością, troską, szacunkiem? Gdybyśmy zawsze mogli widzieć w staruszku, który ledwo schodzi ze schodów, tego samego młodego chłopaka, który biegał kiedyś i chciał zdobyć cały świat? Gdyby nam nie przeszkadzało to, że jego ciało już odmawia mu posłuszeństwa? Przecież on w środku nadal ma 20 lat. A co się stanie z nami? Przecież nas będzie czekać to samo.
Myślę, że człowiek, który nie pamięta teraz o starości, nie rozmawia o niej, zapomniał, że ma Duszę, zapomniał, że to nie jest jego świat i że ma wrócić do siebie, do prawdziwego domu.
A może starość jest największym dziełem Boga? Może to jest Jego największy prezent dla ludzkości? Może właśnie tu możemy pokazać w pełni swoje człowieczeństwo, miłosierdzie i miłość? Pokazać pokorę, akceptację i mądrość? A może starość daje nam możliwość uwolnienia się od materii, od bogactwa i od ciała? Daje możliwość pięknego uśmiechnięcia się do śmierci?
Zapomnieliśmy, że starość to wielki przywilej, wielki dar i przecież nie każdy z nas będzie mógł z tego skorzystać. Można powiedzieć, że tylko wybrańcy mają ten zaszczyt, by w pełni przeżyć swoje życie.
(…)
Na swej drodze przeznaczenia będziesz spotykał różnych ludzi, dobrych i złych, a każdy z nich będzie jedną z tysięcznych wersji siebie, tak jak Ty będziesz jedną z tysięcznych wersji w ich oczach. W amor fati nie istniejecie jako jedna osoba, ale jako jedna z tysięcznych wersji siebie. Codziennie będziecie kimś innym. Dobrym, wrażliwym, skromnym, współczującym, mądrym, złym, niemiłym, zimnym draniem, aroganckim głupcem. Każdy z was będzie oceniał i odczuwał drugiego człowieka inaczej. Większość z tych ludzi będzie myśleć, robić i czuć odruchowo. Dlatego nie gniewaj się na nich, wybaczaj, spróbuj ich zrozumieć. Emocje, ego, uczucia tych ludzi będą decydować o tym, kim będą w Twoich oczach, a Twoje nastawienie będzie określać, jaki Ty będziesz dla siebie. W tym całym teatrze ról nie to będzie najważniejsze, ale byś zdjął ich maski z twarzy i zobaczył w nich człowieka, który ma w sobie Boską Iskrę. Byś zdjął także i swoją maskę, odkrywając prawdę o sobie.

